Recenzja Makbeta

10 grudnia był zdecydowanie dobrym dniem. Zapytasz krótko: “Czemu?” i odpowiem krótko: “Makbet”. Muszę powiedzieć, że od dawna nie widziałam tak dobrej produkcji, a wszyscy ci, co zdecydowali się nie pójść na seans, niech gorzko żałują.

Nie jest to kino, co prawda, dla szerszego grona odbiorców. Po pierwsze wymagana jest dobra znajomość “Makbeta”- pozwala ona na wysupłanie tych wszystkich niedomówień i niuansów postawionych przez reżysera, Justina Kurzela. Nie jest to też film typu holywoodzkiego, który grzecznie prowadzi nas za rączkę od punktu A do B, w którym wszystko jest pięknie wyjaśnione, zaś akcja tak banalna, że aż nadto przewidywalna. Nie. Jest to film inteligentnie skonstruowany, wymagający nieustannego skupienia, bo każdy gest i każde słowo ma swoją wagę.

Jednak największymi atutami “Makbeta” są: detaliczność- reżyser poświęca uwagę kamery na zmiany, jakie dokonują się w psychice bohaterów, co widoczne jest na ich obliczach, przepiękne zdjęcia plenerowe- Szkocja odległa, mglista, dzika i tajemnicza, oraz muzyka, która wprowadza nas w czasy średniowiecznej Szkocji. Ciekawe bardzo są kreacje Makbeta (Fassbender) i Lady Makbet (Cotillard). Obie role świetnie zagrane, choć nieco sucho- odczułam brak aktorskiej ekspresji, uczuciowości, czegokolwiek, co w końcu powinno towarzyszyć zbrodni i walce o władzę. Fassbender ukazał nam szalonego Makbeta, pełnego sprzecznych uczuć, które nieuchronnie prowadzą go ku upadkowi. Jednak ta kreacja nie przekonała mnie do końca- Makbet jest oschły, zimny, rzadko ukazuje to, co go trapi, owa “żółć” trawi go od środka (taki wzór flegmatycznego Anglika), zaś Lady Makbet (tu zaskoczenie) okazała się kobietą namiętną i uczuciową, niepozbawioną całkowicie kręgosłupa moralnego, co wszakże sugerowała książka. Jest to zupełnie nowe spojrzenie na tą postać.

Jeszcze jeden atut- sceny batalistyczne. Jest to prawdziwa gratka dla wszystkich entuzjastów krwawego oblicza kinematografii (jak w filmach Tarantino). Bardzo duży nacisk został położony na chwilowość- kamera w trakcie walki zwalnia i pokazuje nam kolejno pozy i twarze walczących, lejącą się zewsząd krew, co dodatkowo podkreśliło użycie kolorowych klisz, odcięte kończyny, itd., co, nie powiem, zaintrygowało mnie. Na szczęście, owe “slow motion” nie jest w chałturowym stylu “300”, bo nie tyle ma w zamiarze budowanie fałszywego patosu, co pozwolenie nam, widzom, na dokładne przyjrzenie się nieziemskim obrazom zamkniętym w kadrze (ukłon w stronę Arkapawa). A jest na co popatrzeć… Film wyróżnia jeszcze jedno- jest bardziej symboliczny od, i tak już, symbolicznego szekspirowskiego “Makbeta”, co mogło być powodem niezadowolenia (a raczej niezrozumienia) przez część odbiorców będących, razem ze mną, na seansie.

Jednak, drogi Czytelniku, nie zrażaj się niepochlebnymi opiniami nt. filmu, bo jest naprawdę genialny- pójdź do kina i sam oceń, a nie słuchaj opinii ludzi, którzy przespali cały film, bo nie było w nim ani jednej strzelaniny czy ryzykanckiego pościgu. Będąc szczerą powiem, że poszłabym na “Makbeta” jeszcze raz. Może nie po to, by śledzić fabułę, bo w niej czegoś mi brakowało- spójności. Był on jak sztuka teatralna- składał się ze scen i z aktów, nie był integralną całością. Nie, poszłabym na niego, by móc nacieszyć oko jego formą, w myśl idei: “Sztuka dla sztuki”, a to zdecydowanie jest piękny film.

  Karolina Brażnikow