Warszawskie impresje

Byliśmy z klasą 1a i 2d w Warszawie na dwudniowej wycieczce. Tak… wiem, że było to dosyć dawno, ale nowa szkoła skutecznie wyjałowiła mój umysł, uniemożliwiając zapisanie chociaż jednego zdania relacji.
Pierwszego dnia, wciąż oszołomieni i zaspani po nocnej jeździe autokarem, zostaliśmy zagnani do zwiedzania Polina, czyli Muzeum Żydów Polskich.
Gdybym miała opisać je paroma słowami, brzmiałyby one następująco: ochrona jak na lotnisku, całkowity zakaz wnoszenia materiałów propagujących antysemityzm/nazizm (taka informacja naprawdę widniała przy wejściu!), natłok informacji, który wykończyłby nawet całkowicie wyspane osoby… No i, żeby nie było, że nie wymieniam żadnych pozytywów – naprawdę ciekawe wystawy i aranżacja pozwalająca wczuć się w omawiany temat (kilka razy powstrzymałam płacz).
Muzeum Narodowe o wiele bardziej do mnie przemówiło. Jako osoba zakochana w sztuce już przy wejściu zaczęłam żałować, że nie wzięłam szkicownika, gdyż stojące tam rzeźby torsów męskich wzbudzały chęć natychmiastowego uwiecznienia ich w postaci rysunku. Forma zwiedzania również została fantastycznie przemyślana, ponieważ to była bardziej lekcja muzealna, niż chaotyczne bieganie od obrazu do obrazu. Dowiedziałam się wielu nowych rzeczy i miałam okazję podzielić się swoją wiedzą w zakresie symboliki.
Niechętnie opuszczałam mury tego przybytku sztuki, muszę przyznać, że przez chwilę miałam plan, by w ramach protestu przykuć się kajdankami do kaloryfera, ale nigdzie nie mogłam go znaleźć, a kajdanek w posiadaniu niestety nie mam.
Po krótszym zastanowieniu ich brak można też uznać za dar od losu, bo w przeciwnym razie nie zobaczyłabym przezabawnego przedstawienia w Teatrze Stara Kamienica, do którego udaliśmy się zaraz po wyjściu z muzeum. Przedstawienie było dobre, lecz nie do końca rozumiem postawę osób z mojej klasy, które uważają ten punkt wycieczki za najlepszy, ponieważ wspomniana wcześniej wystawa w Muzeum Narodowym, jak i Pałacu Kultury, o którym wspomnę za chwilę, również były powalające.

Następny dzień rozpoczęliśmy, wkraczając pełni niepewności co do naszych dalszych losów w głąb Pałacu Kultury.
Nic nie wskazywało na to, że wystawa, którą zwiedziliśmy, doprowadzi mnie do obsesji na punkcie puszek po zupie Campbell’s i rozsyłania dorosłym znajomym przepisów na drinka o nazwie Casanova. Tak. Wystawa Dali kontra Warhol była niewątpliwie pasjonująca (chociaż ludzi z biol-mat najbardziej tam zafascynowały ich własne sznurówki świecące w ultrafiolecie). Poznaliśmy życiorysy obu genialnych, aczkolwiek bardzo różniących się od siebie artystów-ekscentryków, mogliśmy obejrzeć ich dzieła… Wypatrywaliśmy ukrytych twarzy w obrazach Salvadora Dali i dotknęliśmy sit wykorzystywanych do tworzenia obrazów sitodrukowych, w których specjalizował się Warhol.
Stanęliśmy obok Andy’ego Warhola i mogliśmy w jego świetle zaznać swoich „15 minut sławy”.

Sama Warszawa jako miasto nie zachwyciła mnie swoją wielkością i tłokiem, ale uważam, że dla samego ukulturalnienia się warto odwiedzić Stolicę.

Pozdrawiam
Klaudia Korecka